Jak wiewiórki ziemne uratowały wulkan – i działają do dziś

Wulkan niszczy wszystko wokół

Wybuchający wulkan, zrujnowany krajobraz, bezradni naukowcy – a potem decyzja, żeby wpuścić do pracy kilka niepozornych gryzoni. To, co początkowo brzmiało jak kiepski żart, okazało się jednym z najbardziej zdumiewających eksperymentów terenowych w historii ekologii. Nowe dane potwierdzają, że skutki tej akcji pozostają mierzalne po ponad czterech dekadach.

Erupcja, która pochłonęła całą okolicę

W maju 1980 roku wulkan Mount St. Helens w stanie Waszyngton eksplodował z siłą, jakiej Stany Zjednoczone nigdy wcześniej nie doświadczyły. To do dziś najbardziej niszczycielska erupcja w historii tego kraju. Zginęło 57 osób, całe lasy powaliły się jak zapałki, a gruba warstwa popiołu i pumeksu pokryła okolicę niczym szara betonowa płyta.

Ekologiczny bilans wydawał się beznadziejny. Gleby zostały pogrzebane, mikroorganizmy w większości zniszczone, rośliny i zwierzęta zniknęły. Specjaliści szacowali, że przyroda będzie potrzebować dekad, a może nawet wieków, żeby dojść do siebie. Właśnie w tym momencie bezsilności zrodziła się idea, której nie było w żadnym podręczniku.

Szalony pomysł: wiewiórki ziemne jako inżynierowie gleby

Na początku lat 80. naukowcy w USA zastanawiali się, jak przyspieszyć odbudowę zniszczonego ekosystemu. Zamiast sięgać po ciężkie maszyny czy kosztowne technologie, postawili na zwierzę, które w wielu regionach uchodzi za szkodnika – wiewiórkę ziemną.

Podstawowe założenie było proste: jeśli gryzonie będą kopać, wydobędą z głębi żyzną, bogatą w składniki odżywcze ziemię – a razem z nią cenne mikroby i grzyby.

Dokładnie tak też się stało w maju 1983 roku. Zespoły badawcze złapały kilka wiewiórek ziemnych, przywiozły je na dwie wybrane działki w pumeksowej pustyni pod Mount St. Helens i pozwoliły zwierzętom przez jeden dzień robić swoje. Żadnych helikopterów, żadnych zaawansowanych konstrukcji – tylko dziury, korytarze i kopce ziemi.

Za tym działaniem stała wyraźna hipoteza: poprzez rycie gryzonie miały uwolnić pożyteczne bakterie i grzyby, które przetrwały głęboko pod powierzchnią i mogły służyć jako zalążek nowego życia.

Od martwego pola do zielonego dywanu w sześć lat

Przed przystąpieniem zwierząt do pracy krajobraz wyglądał niemal sterylnie. Na pumeksowych płytach stało zaledwie kilkanaście pojedynczych roślin – bardziej symbol niż prawdziwe życie. Sześć lat po dniu wiewiórek wydarzyło się coś, czego niemal nikt nie przewidywał w takiej skali.

Na obu opracowanych działkach wyrosło nagle około 40 000 roślin. Trawy, zioła, młode krzewy – pełny zielony dywan. Zaledwie kilka metrów dalej, tam gdzie gryzonie nie działały, wciąż rozciągały się szare, niemal puste połacie terenu.

  • Przed eksperymentem: około kilkunastu roślin
  • Czas działania wiewiórek: zaledwie jeden dzień
  • Sześć lat później: około 40 000 roślin na opracowanych działkach
  • Okolice bez interwencji gryzoni: nadal w większości pozbawione roślinności

Dla badaczy było jasne – to nie był efekt zwykłego kopania. Zwierzęta reaktywowały ukrytą sieć biologiczną ukrytą głęboko w glebie.

Niewidzialni pomocnicy: dlaczego grzyby zrobiły różnicę

Prawdziwym bohaterem tej historii nie jest wcale wiewiórka, lecz niepozorny mieszkaniec gleby – grzyby mykoryzowe. Żyją one w bliskiej symbiozie z korzeniami roślin. Rozszerzają sieć korzeniową, udostępniają składniki odżywcze i wodę, do których rośliny samodzielnie nie dotarłyby, a w zamian otrzymują cukry z fotosyntezy.

Tam, gdzie aktywne są grzyby mykoryzowe, rośliny rosną szybciej, lepiej znoszą suszę i skuteczniej przyswajają składniki pokarmowe.

Pod pumeksową pokrywą przy Mount St. Helens część tych grzybów i bakterii przetrwała – były niejako uwięzione pod powierzchnią. Dopiero rycie i drapanie wiewiórek ziemnych wydobyło starą ziemię, a wraz z nią mikroorganizmy, na powierzchnię. Tam spotkały się z nasionami przyniesionymi przez wiatr i umożliwiły ich zakiełkowanie.

Aktualny artykuł naukowy w czasopiśmie „Frontiers" dowodzi, że to właśnie to mikrobiom – a szczególnie grzyby mykoryzowe – jest nadal aktywny na tych działkach. Rośliny, które się tam zadomowiły, same dostarczają z powrotem do gleby materii organicznej, co jeszcze bardziej wzmacnia całą sieć. Klasyczny efekt wzmocnienia.

Cztery dekady później: drzewa wracają szybciej niż przewidywano

Nowe badanie opisuje, jak na działkach po wiewiórkach nie tylko zioła i trawy, ale też drzewa wracają wcześniej i gęściej niż na porównywalnych obszarach. Igły, liście i obumarłe części roślin trafiają na glebę, są rozkładane przez grzyby i dostarczają świeżych składników odżywczych.

Emma Aronson z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Riverside podkreśla, że rosnące tam drzewa przynoszą ze sobą „własne" grzyby mykoryzowe. Ci grzybowi partnerzy pozyskują składniki odżywcze ze zrzuconych igieł i liści, napędzając wzrost jeszcze bardziej. W niektórych miejscach młode drzewa wyrastają znacznie wcześniej, niż większość ekspertów spodziewała się po erupcji.

Prawdziwa lekcja jest następująca: interwencja trwająca zaledwie jeden dzień może pchnąć ekosystem na zupełnie inną ścieżkę rozwoju – z długofalowymi konsekwencjami dla struktury i różnorodności całego krajobrazu.

Co wulkaniczny eksperyment oznacza dla dzisiejszej ochrony środowiska

Akcja z wiewiórkami dostarcza cennych wskazówek, jak renaturyzacja może działać w innych zniszczonych regionach. Zamiast planować wyłącznie wielkie programy zalesiania, przyszłe projekty mogłyby w większym stopniu korzystać z naturalnych inżynierów gleby – zwierząt i mikroorganizmów, które są już częścią danego systemu.

Możliwe kierunki działań obejmują na przykład:

  • celowe wykorzystanie zwierząt kopiących na zdegradowanych glebach
  • ponowne wprowadzanie grzybów mykoryzowych na terenach poeksploatacyjnych lub po pożarach
  • łączenie naturalnej sukcesji z umiarkowaną interwencją człowieka
  • długoterminowy monitoring społeczności mikrobiologicznych, nie tylko widocznej roślinności

Badanie pokazuje też, jak łatwo w ochronie przyrody nie docenić pewnych grup organizmów. Mikrobów i grzybów nie widać gołym okiem, ich rola pozostaje na co dzień niewidoczna. Mimo to stanowią fundament funkcjonowania całych ekosystemów. Kto chce utrzymać stabilność lasów, łąk czy gruntów rolnych, musi brać pod uwagę podziemne sieci biologiczne.

Dlaczego „szkodniki" często okazują się kluczowymi gatunkami

Wiewiórki ziemne, krety, nornice – wiele osób chętnie by się ich pozbyło, bo ryją w ogrodach i na polach. W ekologii gleby takie gatunki są jednak od dawna uznawane za ważnych aktorów. Rozkruszają zbite warstwy, mieszają składniki odżywcze i tworzą kanały powietrzne dla korzeni i organizmów glebowych.

To, co irytuje w trawniku, w zniszczonych krajobrazach może być sygnałem startowym dla ponownego zazieleniania terenu.

Oczywiście eksperymentu z Mount St. Helens nie da się przenieść jeden do jednego na każdy region. Każdy krajobraz ma własne gatunki, własne zbiorowiska mikroorganizmów i inne warunki klimatyczne. Główne przesłanie pozostaje jednak aktualne: odbudowa ekosystemów udaje się najlepiej wtedy, gdy naturalne procesy są celowo uruchamiane, a nie całkowicie zastępowane.

Jak grzyby mykoryzowe odgrywają rolę także w codziennym życiu

Mikoryza brzmi jak coś, co jest istotne wyłącznie w laboratorium albo na stokach wulkanów, ale w praktyce pojawia się znacznie częściej. Wiele sklepów ogrodniczych oferuje dziś podłoża z dodatkiem grzybów mykoryzowych. Szczególnie przy drzewach, krzewach i różach może to przyspieszyć proces zakorzeniania i zwiększyć odporność na okresy suszy.

Zainteresowanie takimi grzybami symbiotycznymi rośnie też w rolnictwie. Ci, którzy chcą ograniczać stosowanie nawozów mineralnych, coraz częściej stawiają na żywe gleby i wspierają mikroby oraz grzyby udostępniające roślinom składniki odżywcze. Na dłuższą metę pozwala to nie tylko ustabilizować plony, ale też poprawić strukturę gleby.

Lekcje z pozornie szalonego eksperymentu

Historia wulkanu i wiewiórek ziemnych pokazuje, jak silnie ekologiczne procesy są od siebie zależne – i jak mała, precyzyjnie zaplanowana interwencja może uruchomić coś wielkiego. Zamiast polegać wyłącznie na dużej technice i masowych przekształceniach, warto spojrzeć na to, co już istnieje: zwierzęta, grzyby i bakterie, które od milionów lat działają ze sobą w parze.

W czasach kryzysu klimatycznego, pożarów lasów i niszczonych ekosystemów ten przypadek daje zaskakująco optymistyczny obraz. Nawet w pustkowiu z popiołu i pumeksu umiejętnie zainicjowane życie glebowe może w kilka lat przywrócić zielony krajobraz – i jak pokazuje Mount St. Helens, ten sygnał pozostaje trwały przez całe dekady.

Author

  • Remigiusz Wierzgoń, znany jako Rezigiusz, to popularny polski twórca internetowy i influencer, który dzieli się praktycznymi lifehackami, poradami DIY oraz pomysłami na ułatwienie codziennego życia. Jego treści łączą rozrywkę z użytecznymi wskazówkami, docierając do szerokiej grupy odbiorców zainteresowanych kreatywnymi i praktycznymi rozwiązaniami.

Przewijanie do góry